Close

„Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek” – zdjęcie, którego nie było

stykówka - „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek”

Nie do wiary, a jednak…,
a jednak dało się!

Dzielę się z Państwem historią autentyczną.
W mojej zamierzchłej przeszłości fotograficznej byłam instruktorką fotografii w Pałacu Młodzieży w Warszawie. Kiedy się tam pojawiłam moją szefową była Anna Biała. Dobrze się nam pracowało. Wspólnie urządzałyśmy dla naszych podopiecznych wyjazdy na plenery, wystawy. Ściągałyśmy do pracowni wielkich polskich fotografów (Edward Hartwig, Paweł Pierściński), żeby młodzi mieli porządne wzorce. Na jednym z plenerów (Kielecczyzna, kwiecień 1989 r.) zrobiłam Ani „wygłupialski” portret. Obwiesiłam ją aparatami zebranymi od naszych dzieci. Po dwóch latach nasze drogi się rozeszły. Obie odeszłyśmy z Pałacu i każda poszła swoją drogą. Ale serdeczna przyjaźń trwa do dziś.

Jest rok 2021 r. i nagle Ania dzwoni z prośbą, by odszukać negatyw z tamtym zdjęciem.

Jest niezbędny, bo wspomniane zdjęcie jest wybrane przez kuratorkę do wystawy „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek” w „Domu Spotkań z Historią”. Organizatorzy mają pomysł, by jeden z korytarzy wytapetować ich sylwetkami w praktycznie naturalnej wielkości, a ona nie może znaleźć odbitki tego zdjęcia. Tylko pamięta, że takie jej zrobiłam.
Biorę się więc do roboty z przeczuciem, że łatwo nie będzie. Kiedy 3 lata temu przeszłam na emeryturę, zaczęłam porządkować archiwum. Stwierdziłam, że w moich początkowych latach robiłam straszne zdjęcia. Byłam samoukiem, zatem próbowałam różnych rzeczy z różnym skutkiem. Patrząc dziś na te zdjęcia znajduję tylko jedno określenie na nie: zdjęcia naiwne. Potem, pracując w prasie, nauczyłam się fotografii bardziej trzymającej się jakiegoś tematu i treści. Teraz porządkuję archiwum wyrzucając do kosza zdjęcia dziś dla mnie nieważne, bez względu na lata, w których je robiłam.

W zasadzie wyrzuciłam już większość tych prasowych, bo agencje i tak są zapchane podobnymi albo lepszymi, więc nie widzę powodu by je trzymać. Ofiarą mojej ostrej oceny padły też te z lat 80. Zostawiłam tylko zdjęcia rodzinne i jakieś trzy cykle, które gdzieś się pokazały (Biennale Krajobrazu Polskiego, Biennale Krajobrazu Górskiego). Miałam przeczucie, że negatyw, o który prosi Ania, już nie istnieje. I miałam rację. Dwa dni kopania w segregatorach i nic. Nie ma.

Trzeciego dnia, przeglądając kolejne pudła ze starymi zdjęciami, znalazłam stykówkę z poszukiwanego negatywu! Ale czy możliwe jest zrobienie 1,5 metrowej odbitki ze zdjęcia ze stykówki? Wydawało mi się to niemożliwe. Postanowiłam zawalczyć i zrobić powiększenie, jakie dam radę swoim sprzętem. Na wystawę się nie nada, ale może się przydać do katalogu albo serwisu prasowego. Mam skaner Epson Perfection Photo 4990. Zadałam mu tę pracę i udało mi się osiągnąć sensowne powiększenie 24x36cm. Dla serwisu prasowego aż nadto. Zaczęłam myśleć, jak to jest możliwe.

stykówka - „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek”

Przypomniało mi się, że kiedyś studiowałam problem pojemności informacyjnej zdjęcia w technologii cyfrowej w porównaniu do analogowej.

Bynajmniej nie chodziło o treść zdjęcia. Najważniejszy był rozmiar ziarna i jego porównanie z wielkością piksela w matrycy. 10-krotnie mniejsze ziarno od piksela w matrycy daje fotografii analogowej niewiarygodną przewagę w bitach nad fotografią cyfrową. A materiały graficzne oraz (sic!) papiery mają nawet 100-krotnie mniejsze ziarno. Na dodatek szarości w negatywie jest więcej, bo nie ma ich„tylko” 256. Przesłanianie się w warstwie poszczególnych ziaren srebra daje ciągłe przejścia. To dlatego robienie powiększeń z negatywu jest de facto jego interpretacją. Wybieramy z niego tylko co nam pasuje, albo jesteśmy w stanie dojrzeć swoimi ograniczonymi zmysłami i wyprodukować w procesie drukowania. Negatyw jest dużo bardziej bogaty niż nam się wydaje. W cieniach i światłach ukryte są „światy równoległe”.

Wyrzucony negatyw to był film kinotechniczny NP55.

Cięty z metra i o ile pamiętam o czułości 100 ASA. Więc potencjał pojemności informacyjnej był spory. Może to i dobrze, że nie znalazła się oryginalna odbitka. Jeśli była wykonana na powiększalniku o przeciętnym obiektywie, to sporo straciła na ostrości. Dobrze wykonana stykówka, tzn. jeśli negatyw był dobrze dociśnięty szybą do papieru, nie powinna mieć strat na ostrości. Po zeskanowaniu widać było, że jak na dzisiejsze standardy, to zdjęcie jest nieprzyzwoicie miękkie. Część tej miękkości to zapewne wpływ grubości szyby albo niewystarczającego jej docisku, ale część to na pewno z powodu kiepskiego obiektywu. No cóż, przez te 32 lata dużo się w sprzęcie zmieniło, także u mnie. Ta fotografia była zrobiona jeszcze aparatem Practica L, a obiektywu nawet nie pamiętam. A przecież tak się wtedy cieszyłam się, że mam Practicę, a nie Zenita. Popracowałam w Photoshopie ile umiałam i odesłałam zdjęcie w jpg do DSH. Okazało się, że to nie koniec.

Producenci wystawy „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek” postanowili walczyć o to zdjęcie dalej.

Uparli się, że musi być 1,5 metrowe. Na ich prośbę wysłałam im mojego tifa. Zatrudniłam też przyjaciela, który posiada program do powiększania Topaz, oparty na sztucznej inteligencji. Podsumowując, nie wiem dokładnie co zadziałało, ale wspólnym wysiłkiem osiągnęliśmy finalnie 1,5 m wydruku ze stykówki 24x36mm. To co wydawało się niemożliwe, stało się.

Anna Biała - „Jedyne. Nieopowiedziane historie polskich fotografek”