Miesiąc Fotografii w Krakowie

Miesiąc Fotografii w Krakowie

Odkąd festiwale fotografii zagościły w Polsce na dobre, czyli od zmiany ustrojowej, mają one swoje wzloty i upadki. Nie interesowałam się kiedyś nimi, bo nie starczało czasu i ochoty. Teraz żałuję, bo pewnie ominęło mnie dużo wrażeń. Pewnych rzeczy nie da się dowiedzieć i przeżyć studiując tylko internet.

Miesiąc Fotografii w Krakowie, organizowany corocznie od 2002 roku.

W tym roku to jego 21. edycja – po raz pierwszy w formule biennale, po raz pierwszy w czerwcu i lipcu i moim zdaniem jest całkiem udany.
Wybrałam się do Krakowa na weekend otwarcia. Większość wystaw będzie jeszcze dostępna do 21 lipca, zatem pozwalam sobie opisać, czego spróbowałam z oferty przygotowanej przez organizatorów i co mi smakowało.

Wystawa Centralna pod hasłem „AFROTOPIE”

  • kuratorzy: Amy N. Muhoro, Malaika Nabila i Witek Orski
  • do obejrzenia do 31.08.2024

Nigdy nie byłam w Afryce. Kontakt z Afrykańczykami miałam tylko w prehistorii, w czasie swoich studiów w Łodzi, gdzie było studium języka polskiego dla obcokrajowców. Nawet miałam mały słowniczek polsko-suahili i odwrotnie. Byłam ciekawa czym różni się ta afrykańska fotografia od naszej.
Okazało się, że podobnie jak nasza, jest bardzo zróżnicowana, choć więcej w niej koloru. Każdy autor to inna planeta. Może dlatego, że poza jednolitym dla nas kolorem skóry, który w rzeczywistości ma wiele odcieni, każdy autor pochodzi z innej kultury i odnosi się do swoich zwyczajów i problemów.

Kuratorzy tak opisują tę wystawę: „Afrotopie nie są wystawą „fotografii afrykańskiej”, ponieważ taki uogólniony konstrukt nie istnieje (byłaby to równie pusta generalizacja jak „wystawa fotografii europejskiej”). Afryka nie jest państwem. Afrotopie to projekt, który za pośrednictwem twórczości wybranych artystek i artystów pochodzących z kilkunastu kultur Afryki Wschodniej i Zachodniej, z tej wciąż mało znanej w Europie perspektywy, opowiada o kwestiach uniwersalnych: o wciąż ewoluującej wrażliwości wizualnej, o stosunku do własnych zwyczajów i praktyk kulturowych, o trudach kształtowania tożsamości genderowej i seksualnej w tradycyjnych społeczeństwach, o paradoksach współczesnego kapitalizmu, o relacjach z naturą w obliczu katastrofy klimatycznej, o poczuciu melancholii w czasach globalnej niepewności i chaosu.”

Jedną z autorek obecnych na wystawie, którą dane mi było poznać osobiście, jest Melannie Issaka.

Jej cykl Odbitka: Czarna skóra, biała maska/ Blueprint: BlackSkin, WhiteMask zrobił na mnie piorunujące wrażenie. Zwykle selfie traktujemy jako powierzchowną, ludyczną zabawę. Chodzi zwykle o to, by pochwalić się swoją obecnością tu i teraz, zwykle w dobrym nastroju. Melannie Issaka sięga głębiej. Poprzez serię autoportetów zadaje sobie pytanie: co znaczy być Czarną Brytyjką, Afrykanką w Europie? Dlaczego jest jednocześnie tak rzucająca się w oczy i niewidzialna. My widzowie dostajemy temat do przemyślenia: dlaczego cień czarnego jest biały?

Melannie Issaka urodziła się w południowej Ghanie, mieszka i pracuje w Londynie. Ma magisterium z fotografii w Royal College Art. Pracę nad cyklem Odbitka: Czarna skóra, biała maska rozpoczęła w 2021 r. Najpierw powstaje stykowa cyjanotypowa odbitka. Uwaga na marginesie: ile trzeba naświetlać pokryte emulsją prześcieradło , by uzyskać odcisk swojego ciała w przymglonym świetle Londynu. Godzinę? Uzyskuje na odbitce pusty biały kształt, który w gruncie rzeczy jest jej cieniem. Zestawia potem tę odbitkę ze swoim czarnym ciałem, tak by odbitka stanowiła maskę ukrywającą daną część ciała. Jej ciało jest jednocześnie eksponowane i usuwane, co symbolizuje hiperwidzialność. Czerń i biel są wieloaspektowe, wykraczają poza skórę.

W ten sposób Melannie eksploruje kolejne warstwy tożsamości.

Oto jak opisuje to sama artystka:

„Skąd jesteś? Bycie czarnym w Wielkiej Brytanii oznacza ciągłe kwestionowanie swojej obecności. Trzeba powiedzieć, że nie miałeś historii, dopóki Europejczycy nie odkryli Afryki. Wróć do domu. Być Czarnym Brytyjczykiem oznacza żyć w paradoksie, w którym najpierw zostajesz zidentyfikowany, a następnie powiedziano ci o twojej odmienności, czyniąc cię niewidzialnym, gdy odrzucane jest twoje człowieczeństwo. Jednak „Powrót do domu” stawia przed nami własne wyzwania, inne sposoby na uczynienie spektaklu. Jesteś Oreo, Kokosem i wszystkim, co jest brązowe na zewnątrz i białe w środku. Twoja bliskość z bielą staje się bardziej wyraźna w mowie i występach. Nadal jesteś „innym” w przestrzeni, do której powinieneś należeć. Być czarną kobietą to być widzianą, a nie słyszaną, zawsze poszukująca głosu. Należy otrzymać narzędzia i wiedzę, które przygotują cię na przyszłość, w której nie masz udziału. W świecie, w którym przyszłość należy do tych z ustaloną przeszłością, gdzie to oznacza, że ci z nas wciąż układają swoją historię. Wyrażenie Akan (Ghana) „Sankofa”, oznaczające „wróć i zbieraj”, podkreśla znaczenie uczenia się wiedzy z przeszłości i przenoszenia jej do teraźniejszości, aby móc poczynić postępy w przyszłości

Artystka odwołuje się też do krytycznych tekstów Frantza Fanona na temat wpływu rasizmu na psychikę i bada, w jaki sposób naznaczone kolonializmem podmioty włączają uprzedzenia i stereotypy, a ostatecznie naśladowczo nakładają „białe maski” swoich ciemiężycieli. To na pewno już nie jest zwykłe selfie, choć jak każde selfie pokazuje przede wszystkim, jak dajemy radę sami ze sobą.

Wystawa Afrotopie jest eksponowana w podziemiach Pałacu Potockich, dzięki temu można spędzić godzinę lub więcej w chłodzie, gdy na zewnątrz nie da się wytrzymać z powodu letniego upału, a będzie można ją oglądać do końca wakacji.

Jeśli już przyczepiłam się do tematu selfie, to zauważyłam jeszcze jedno ciekawe i udane podejście.

W innej sekcji festiwalu Miesiąc Fotografii w Krakowie – sekcji FRINGE, w której pokazano prace studentów polskich szkół artystycznych. Cykl zdjęć „Bez tytułu” Sylwii Ziętali z Akademii sztuki w Szczecinie, przypominających abstrakcje, jest w rzeczywistości przedstawieniem jej własnego mikrobiomu. Są to zdjęcia mikroskopowe grzybów, bakterii i mikroorganizmów wychodowanych na pożywkach agarowych z próbek pobranych od niej samej. Może to i naginanie pojęcia autoportretu, ale jakże intrygujące. Jednocześnie pokazuje, że człowiek jako organizm autonomiczny istnieje, o ile jest obserwowany w zwykłej skali. W skali mikro, jest zależny od tysięcy innych organizmów. Ciekawe, że w obserwacji wielkoskalowej (tłumu) jego odrębność też się zaciera.

Sekcja FRINGE została umieszczona w zrujnowanym budynku Poczty Głównej.

To przytulisko było strzałem w dziesiątkę. Grube mury chroniły przed upałem, a labirynt pomieszczeń ułatwiał zaskoczenie nas aranżacją prac. Pewnie trudno byłoby osiągnąć taki efekt w sterylnych, nowoczesnych salach.

Festiwal Miesiąc Fotografii ma też sekcję ShowOFF, w której prezentuje debiutantów.

Ich wystawy są porozrzucane po mieście tam, gdzie udało pozyskać przestrzeń. Kraków nie jest jednak taki duży, jakby się wydawało. Komunikacja jest wybitnie przyjazna (także ze sprawną klimatyzacją), więc zaliczyłam wszystkie wystawy.
W pierwszej kolejności wybrałam się do Galerii PIANA na wystawę Yasmin Nebenführ LISTEN LIKE THIEVES, której kuratorami są Agnieszka Pindera i Daniel Muzyczuk. Może dlatego, że na zapowiadających festiwal zdjęciach zobaczyłam obrazy abstrakcyjne, a na ich punkcie od lat kilku zwariowałam. Jakież było moje zdumienie, gdy na dowiedziałam się, że artystka nie wytworzyła tych obrazów od a do z. Wygrzebała je po prostu z archiwum muzeum. Podstawę dzieła wykonał jakiś muzealny fotograf. Jej praca polegała na wybraniu diapozytywów, które uległy nieszczęśliwemu zalaniu lub innej destrukcji, a reszty ich zniszczenia dokonały mikroby i grzyby, które żywią się żelatyną zawartą w taśmie filmowej. Rola twórcy de facto sprowadzona tu została do roli szperacza w archiwach, który wybiera co mu się żywnie podoba i który jest w stanie dośpiewać odpowiedni tekst do obrazów zmieniając dzięki niemu ich narrację.

Z innych wystaw z tej sekcji zachwyciłam się jeszcze wystawą „Pozdrowienia ze wsi” Angeliki Gad w Galerii ZPAF, której kuratorką jest Agnieszka Sadowska.

Są tam klasyczne zdjęcia dokumentalne, ale też kolaże – zdjęcia okraszone malowankami i tekstami i oprawione bardzo zmyślnie. Przypominają grafiki. Inspiracją tych zdjęć jest wieś Trzcianka w województwie świętokrzyskim, gdzie się urodziła i wychowała i jej społeczność. Gad próbuje pokazać, jak widziała rodzinną wieś, kiedy mieszkała tam jako nastolatka i jak postrzega ją teraz, po wyprowadzce. Wydobywa na powierzchnię historie i skojarzenia, które stały się anegdotami, bawi się klasycznymi motywami.

Artystka porusza też trudniejsze tematy: między humorystycznymi kolażami, są i te mówiące o przemocy wobec zwierząt, patriarchalnym traktowaniu kobiet, pijaństwie, braku perspektyw. Wszystko w formie pocztówki. Artystka zachęca, by nadać taką pocztówkę, pocztówkę z prowincji, do siebie. Wisi w galerii nawet oryginalna stara skrzynka pocztowa i znaczki.

Trwa festiwal w Arles, którego nie zobaczę. Ale dla tych, dla których Arles jest poza finansowym zasięgiem, polecam Miesiąc Fotografii w Krakowie. Też jest co pooglądać. I jest to w wielu punktach doświadczenie odświeżające. Ludzie to jednak mają pomysły…

Podobne wpisy