Close

Voigtlander Nokton 75 mm f/1.5 – ciut więcej niż standard

Nie lubię się ścigać ani na obrazki, ani po sprzęt. Wyznaję zasadę, że jak ma się coś zdarzyć, to w końcu się zdarzy. Wszystko w swoim czasie.

Właśnie zdarzyło mi się otrzymać do wypróbowania obiektyw Voigtlander Nokton 75 mm f/1.5

Od jego premiery (lato 2019) minęło trochę czasu. Opublikowanych testów też trochę już jest w sieci. Tylko czy słowo „test” nie jest używane na wyrost? Słowo „test” kojarzy mi się z doświadczalną robotą w pracowni optycznej, ogólnie mówiąc, z mierzeniem rzeczy mierzalnych. Określenia spotkane w postach, że obiektyw jest ostrzejszy albo mniej, przypomina mi dyskusję na blogach kulinarnych: smak bardziej wyrafinowany lub mniej.
Zatem świadomie nie będę używać słowa test, bo nie mam narzędzi do doświadczalnego testowania obiektywów, choć podstawy teoretyczne – jako fizyk z wykształcenia – posiadam.
Z obiektywem Voigtlander Nokton 75 mm f/1.5 próbowałam się po prostu zaprzyjaźnić rozpoznając powolutku jego cechy metodą prób i błędów.

Obiektyw Voigtlander Nokton 75 mm f/1.5 jest to krótkie tele

7 elementów w 6 grupach, w tym trzy elementy o częściowo anormalnej dyspersji i jeden element obustronnie asferyczny. Do tego najważniejsza cecha – 12 listkowa przysłona, pracująca w zakresie od 1,5 do 16. Całość waży 350 gram, chociaż ma małe gabaryty, bo jest to całkowicie metalowa konstrukcja. Długość 63,3 mm, średnica 62,8 mm. Mocowanie filtra – gwint 58 mm. Osłona jest „wentylowana”, aby nie ograniczać widoku w wizjerze dalmierza, bo model dedykowany jest dla aparatów z bagnetem Leica M. Użytkownicy innych systemów (do tych się zaliczam i ja) mogą używać dzięki odpowiednim adapterom.

Jest oczywistym, że każdy nowy produkt producent zachwala jak może. Ta zasada dotyczy każdego produktu i każdego producenta, także obiektywów. Spece od marketingu są w stanie wymyślić najdziwniejsze uzasadnienia, które mają sprowokować klienta do zakupu. W przypadku tego obiektywu napotkałam taki opis: „Wysoki, lecz nie bezlitosny mikrokontrast oraz przepiękne renderowanie kolorów. Nowy Nokton gotowy jest do współpracy ze współczesnymi aparatami, wyposażonymi w elektroniczne matryce o dużych rozdzielczościach.”

Ki diabeł? O co chodzi? Jak można używać terminu renderowanie koloru w stosunku do obiektywu? Renderowanie to przeliczenie obrazka do zadanej postaci i jest cechą oprogramowania. Obiektyw liczyć nie potrafi. Termin mikrokontrast też raczej odnosi się do oprogramowania. Owszem, obiektyw nie jest obiektywny w stosunku do oryginału (sceny) i zawsze coś gorzej odwzorowuje rzeczywistość (czytaj – nie identycznie). Ale do opisu owych zniekształceń używa się zupełnie innego aparatu pojęciowego. Dawniej mierzono i podawano (w danych technicznych) zdolność rozdzielczą w liniach na milimetr. Obecnie jedynym poprawnym opisem, który powinien być używany do określania klasy obiektywu to MTF – funkcja przenoszenia kontrastu. Tylko kto dziś umie i lubi czytać wykresy. No cóż, dla większości fotografujących ten termin brzmi równie niezrozumiale, jak te terminy użyte na stronie producenta. Dlatego łatwiej posługiwać się intuicyjnymi pojęciami ostrości lub miękkości obiektywu. Marketingowcy chcieli dobrze. Chcieli, żeby opis dobrze brzmiał (naukowo), nie zważając na sens, i dlatego mamy takie kwiatki.

Pierwszy dzień z obiektywem wypadł w święto Trzech Króli, pogoda pod psem

Musiałam fotografować w rękawiczkach i to grubych. Wcale prosto nie było. Obiektyw jest zwarty i pierścienie ostrości i przysłony są położone dość blisko siebie. Gołymi palcami wybieranie palcami odpowiedniego nie nastręcza żadnych trudności, ale w rękawiczkach i z aparatem przy oku, to wcale nie jest prosta sprawa. Często przerzucałam przypadkowo przysłonę usiłując ostrzyć być może także dlatego, że zapamiętanie, który pierścień jest do czego, trochę jednak trwa. Może po prostu postawiłam sobie na pierwszy dzień zbyt trudne zadanie. Nie ustawiłam też pickingu licząc, że dojrzę co trzeba w celowniku. Niestety, przeliczyłam się. Jestem już jak ślepa kura. Czasami trafi mi się ziarno, ale przeważnie ostrość ustawiana na przysłonie 1.5 była gdzie indziej niż zamierzałam. Na przysłonie 8, dzięki zwiększonej głębi ostrości, trafiałam jako tako.

Byłam załamana. W ramach leczenia ran psychicznych, po niedogadaniu się z tym obiektywem, wyprawiłam się na krajobraz. Tym razem ustawiłam już wspomaganie ostrzenia (picking) w aparacie, a wierzby, jak na zamówienie, nigdzie się nie przemieszczały. Wyglądało na to, że obiektyw wreszcie zaczął mnie słuchać.

Zdarzył się słoneczny dzień – postanowiłam zobaczyć jak radzi sobie z ekstremalnymi zdjęciami pod światło. Jak dla mnie – średnio, choć do efektu „wow” może się przydać.

Następny weekend to wycieczka na warszawską Pragę

Pierwszeństwo w moim fotografowaniu zawsze mają formy abstrakcyjne. Na Pradze ich nie brakuje. Wynalazłam coś, co trzeba sfotografować z bliska, aby zobaczyć jakie będą nieostrości po rogach (wynikające z aberracji). Trzeba było domknąć przesłonę do 11, by ich wpływ stał się niewidoczny.

Praga to również świat kontrastów. Stare i nowe – odwieczne tematy. Oglądając zdjęcia z tej wycieczki doszłam do wniosku, że do architektury ten obiektyw nadaje się jak najbardziej. Dystorsja nie występuje. Ostrość w zakresie średnich kontrastów wizualnie jest w porządku.

Innego dnia spróbowałam trochę streeta

W drodze do sklepu dopadła mnie zamieć. Tym razem miałam ostrość gdzie chciałam, choć warunki były ekstremalne. Wieczorem na przystanku tramwajowym postanowiłam spróbować ponownie otwartej w pełni przysłony. Udało się złapać coś ostrego. Przy okazji wyszło coś jeszcze – spore winietowanie – wyraźnie widoczne w górnych rogach obrazu tramwaju. Zdjęcia z Pragi były robione przy przysłonie 11, więc siłą rzeczy, winiety nie było.

Jako krótkie tele obiektyw ten powinien być używany głównie w portrecie. „Przejechałam” więc po twarzy koleżanki przysłonami od liczby 1.5 do 4. I żałuję, że nie doszłam do 5.6. Tło rozmywa się pięknie przy 1.5, ale skóra też. Żeby twarz była ostra, a nie tylko czubek nosa, przysłona 4 dla tego obiektywu to minimum. Ogólne wrażenie jest pozytywne.

Wcale łatwo nie było mi dogadać się z tym obiektywem. Ostatnio fotografowałam głównie szerokim kątem. Szukając tematów fotograficznych musiałam przestawić swoje myślenie na inne tory. Ale w końcu zaczęłam wyczuwać właściwą odległość, żeby zawrzeć w obrazku to co chcę. Czyli dało się jednak z nim zaprzyjaźnić. Czy go pokocham? Czas pokaże.