Close

Marian Schmidt – pożegnanie

Marian Schmidt

7 marca odszedł z tego świata Marian Schmidt – fotograf, założyciel i dyrektor Warszawskiej Szkoły Fotografii i Grafiki Projektowej.

Pa­mię­tam, jak w 1993 roku do re­dak­cji mie­sięcz­ni­ka FOTO (któ­re­go wte­dy by­łam re­dak­to­rem na­czel­nym) wszedł Ma­rian Schmidt, pan w sile wie­ku, si­wa­wy, w nie­co wy­cią­gnię­tym swe­ter­ku z dzia­ni­ny. Nie są­dzi­łam, że wła­śnie spo­ty­kam się z kimś, kto za­wa­ży na mo­ich wy­bo­rach w dal­szym ży­ciu.

Mu­sia­ło to być chy­ba w paź­dzier­ni­ku lub li­sto­pa­dzie, bo cykl pro­duk­cyj­ny mie­sięcz­ni­ka trwał wte­dy mniej wię­cej 2–3 mie­sią­ce, a ar­ty­kuł jaki po­wstał po tej wi­zy­cie, uka­zał się w pierw­szym nu­me­rze FOTO w 1994 r. Ma­rian Schmidt za­pu­kał, wszedł, grzecz­nie się przed­sta­wił i za­py­tał, czy może po­ka­zać swo­je zdję­cia. Zna­mien­ne, że nie za­czął od tego, kto go po­le­ca lub od wy­cią­gnię­cia i po­ka­za­nia le­gi­ty­ma­cji ZPAF, co się mi zda­rza­ło. Chciał tyl­ko po­ka­zać zdję­cia… Zwi­nę­łam pa­pie­ry z biur­ka. Roz­ło­żył wglą­dów­ki i już wie­dzia­łam, że przy­szła do mnie (wciąż żywa) hi­sto­ria fo­to­gra­fii. Zna­łam Sal­ga­do, Ko­udel­kę, Mary El­len Mark, ale nie zna­łam Schmid­ta! A zdję­cia były dla mnie tej sa­mej kla­sy. By­łam dość za­ję­ta. Mimo to na­tych­miast odło­ży­łam bie­żą­ce spra­wy. Usie­dli­śmy przy her­ba­cie, żeby po­roz­ma­wiać. Do tych zdjęć mu­siał jesz­cze prze­cież po­wstać ja­kiś tekst.

Wtedy dowiedziałam się, że Marian Schmidt wyjechał z Polski z rodzicami, jako roczny niemowlak, tuż po wojnie.

Byli jed­ną z tych ro­dzin ży­dow­skich, któ­re prze­żyw­szy Za­gła­dę, nie chcia­ły żyć w po­wo­jen­nej pol­skiej rze­czy­wi­sto­ści. Po rocz­nej tu­łacz­ce, ro­dzi­na osie­dli­ła się w We­ne­zu­eli. Tam do­ra­stał. Za­in­te­re­so­wał się fo­to­gra­fią. Oj­ciec po­da­ro­wał mu apa­rat i ka­me­rę 8 mm. Ukoń­czył li­ceum w wie­ku 16 lat w We­ne­zu­eli. Chciał stu­dio­wać re­ży­se­rię fil­mo­wą w Los An­ge­les. Jed­nak zgod­nie z wolą ojca po­szedł „na po­rząd­ne stu­dia” – in­ży­nier­skie w Ber­ke­ley w Ka­li­for­nii, otrzy­mał na nie sty­pen­dium z We­ne­zu­eli. Te stu­dia bar­dzo go jed­nak nu­dzi­ły. Na­stęp­ne sty­pen­dium (otrzy­ma­ne już w USA) umoż­li­wi­ło stu­dia ma­te­ma­tycz­ne na Uni­wer­sy­te­cie Bran­de­is, któ­re za­koń­czył dok­to­ra­tem w wie­ku 24 lat. Po czym za­sko­czył wszyst­kich i zo­stał fo­to­gra­fem.

Rok przed dok­to­ra­tem na­stą­pił bo­wiem pe­wien zwrot w jego ży­ciu – po­znał naj­pierw pi­sma, a po­tem już oso­bi­ście Jid­du Kri­sh­na­mur­tie­go. Zo­stał przez nie­go za­pro­szo­ny do Broc­kwo­od Park w An­glii. To dla wy­kła­da­nia w szko­le Kri­sh­na­mur­tie­go po­rzu­cił pięk­nie za­po­wia­da­ją­cą się ka­rie­rę na­uko­wą w USA w ma­te­ma­ty­ce i prze­niósł się do Eu­ro­py, bo z du­cha czuł się Eu­ro­pej­czy­kiem. Zna­lazł się w Rzy­mie, gdzie po­znał Fe­de­ri­co Fel­li­nie­go i Mi­che­lan­ge­lo An­to­nio­nie­go. Wkrót­ce, dzię­ki re­ko­men­da­cji tego dru­gie­go do­stał po­sa­dę asy­sten­ta pro­duk­cji w fil­mie „Wilk ste­po­wy”.

Latem 1974 roku Marian Schmidt przyjechał pierwszy raz do Polski.

Prze­mie­rza­jąc Pol­skę z apa­ra­tem Le­ica M-4 spo­tkał się z naj­wy­bit­niej­szy­mi po­sta­cia­mi pol­skie­go świa­ta fil­mu i te­atru: An­drze­jem Waj­dą, Je­rzym Ka­wa­le­ro­wi­czem, Krzysz­to­fem Za­nus­sim, Kon­ra­dem Swi­nar­skim, Je­rzym Ja­roc­kim. Fo­to­gra­fo­wał ich przy pra­cy. Ma­rian Schmidt zro­bił np. ostat­nie por­tre­ty Kon­ra­do­wi Swi­nar­skie­mu, tuż przed jego tra­gicz­ną śmier­cią w 1975 r. Miał pięk­ną wy­sta­wę w Te­atrze Sta­rym w Kra­ko­wie. Asy­sto­wał też w trzech peł­no­me­tra­żo­wych fa­bu­łach, do któ­rych ro­bił fo­to­sy. Współ­pra­co­wał ze Zwier­cia­dłem, Cza­sem, Prze­kro­jem, ITD. Ów­cze­sne wła­dze nie chcia­ły go uznać jako oby­wa­te­la pol­skie­go, co kom­pli­ko­wa­ło le­ga­li­za­cję po­by­tu i brak moż­li­wo­ści sta­łe­go za­trud­nie­nia. To spo­wo­do­wa­ło ko­niecz­ność po­wro­tu na Za­chód.

W 1978 roku Marian Schmidt wrócił do Nowego Jorku.

Już z żoną – pol­ską ak­tor­ką Mar­tą Dut­kie­wicz. Dzię­ki zdję­ciom wy­ko­na­nym w Pol­sce stał się człon­kiem pre­sti­żo­wej agen­cji fo­to­gra­ficz­nej „Black Star”. Agen­cja ta wy­sła­ła go z ko­lei do Za­to­ki Per­skiej. W 1980 r. wraz z żoną prze­niósł się do Pa­ry­ża. Tu­taj zo­stał człon­kiem agen­cji Ra­pho. Do­łą­czył do gru­py fo­to­gra­fów hu­ma­ni­stycz­nych: Hen­ri Car­tier-Bres­son, Edo­uard Bo­ubat, Ro­bert Do­isne­au. Kie­dy pierw­szy raz po­ka­zał tam swo­je zdję­cia, to wła­śnie Bo­ubat po­wie­dział mu: „Pan jest jed­nym z nas”. Schmid­to­wie za­mie­rza­li wró­cić do Pol­ski, ale pla­ny po­krzy­żo­wał stan wo­jen­ny. Do­pie­ro w 1990 roku otrzy­mał pol­ski pasz­port. Na sta­łe wró­cił z żoną i sy­nem Ar­thu­rem do­pie­ro w 1997 r.

W mię­dzy­cza­sie, w 1993 r. po­ja­wił się w re­dak­cji FOTO. Zdję­cia, któ­re wte­dy mi po­ka­zał po­cho­dzi­ły z al­bu­mu pt. „Ma­rian Schmidt”, wy­da­ne­go we Fran­cji przez EDITIONS CERCLE D’ART.

Wtedy, tj. 24 lata temu, napisałam:

Marian Schmidt

Al­bum utwier­dza nas w prze­ko­na­niu o re­ne­san­sie do­ku­men­tu fo­to­gra­ficz­ne­go, o któ­rym na Za­cho­dzie mówi się już od kil­ku lat. Po wy­pró­bo­wa­niu wie­lu dróg, otwar­ciu no­wych moż­li­wo­ści re­je­stra­cji i prze­twa­rza­nia ob­ra­zu (w tym i „upla­stycz­nie­nia” fo­to­gra­fii) wra­ca się tam do ko­rze­ni fo­to­gra­fii, do fo­to­gra­fii czy­stej. Roz­róż­nia się fo­to­gra­fię pra­so­wą (in­for­ma­cyj­ną), zwa­ną też new­so­wą, a w któ­rej waż­ne jest kto, co, gdzie i kie­dy oraz fo­to­gra­fię hu­ma­ni­stycz­ną, któ­rej treść jest w pew­nym sen­sie po­nad­cza­so­wa. Bo smu­tek i ra­dość, ma­cie­rzyń­stwo i śmierć są udzia­łem każ­de­go po­ko­le­nia. Pró­bu­je się przy tym zna­leźć sen­sow­ną rów­no­wa­gę po­mię­dzy for­mą a tre­ścią. Taką hu­ma­ni­stycz­ną fo­to­gra­fią są zdję­cia Ma­ria­na Schmid­ta. Wzru­sza­ją swą pro­sto­tą. Obo­jęt­nie por­tret czy scen­ka ulicz­na. Nie są to zdję­cia „za­gra­ne” przed obiek­ty­wem, a jed­nak po­sia­da­ją do­sko­na­łą for­mę (kadr). Nic do­dać. Nic ująć.

Co mnie wtedy w nich urzekło, urzeka i dziś. Raczej zapis emocji niż miejsca.

Marian Schmidt

To samo wra­że­nie po­nad­cza­so­wo­ści to­wa­rzy­szy­ło mi na ostat­niej, jak się oka­za­ło, wy­sta­wie w Domu Spo­tkań z Hi­sto­rią w War­sza­wie w kwiet­niu ubie­głe­go roku, za­ty­tu­ło­wa­nej In­si­de Po­land, z któ­rej na szczę­ście po­zo­stał nam al­bum o tym sa­mym ty­tu­le.

Po bo­daj­że roku ode­szłam z FOTO, ale spo­ty­ka­łam Ma­ria­na na róż­nych wer­ni­sa­żach albo w ko­lej­ce po od­biór slaj­dów w la­bie. I tak sto­jąc w ko­lej­ce na Dzi­kiej usły­sza­łam pro­po­zy­cję pra­cy szko­le, któ­rą wła­śnie za­ło­żył – w War­szaw­skiej Szko­le Fo­to­gra­fii, w pierw­szej pry­wat­nej szko­ły fo­to­gra­fii w Pol­sce.

Do Warszawskiej Szkoły Fotografii dołączyłam w jej drugim roku istnienia tj. w 2001 r.

Wte­dy by­łam wol­nym strzel­cem w pi­smach ko­lo­ro­wych. Wła­śnie ku­pi­łam so­bie miesz­ka­nie z pie­nię­dzy za­ro­bio­nych z fo­to­gra­fo­wa­nia, więc wy­da­wa­ło mi się, że je­stem nie­złym rze­mieśl­ni­kiem. W szko­le za­ję­łam się więc rze­mio­słem: fo­to­che­mią i tech­ni­ka­mi oświe­tle­nio­wy­mi, bo na­wet Mi­chał Anioł mu­siał się naj­pierw na­uczyć mie­szać far­bę… Na­ucza­nie kre­atyw­no­ści zo­sta­wi­łam lu­dziom z więk­szym do­rob­kiem i uzna­niem na ryn­ku sztu­ki, a Ma­rian ta­ko­wych do szko­ły ścią­gał. Wy­kła­da­li tu lub wy­kła­da­ją na­dal: Grze­gorz Przy­bo­rek, Woj­ciech Praż­mow­ski, Ta­de­usz Rol­ke, Wi­told Kra­sow­ski, Grze­gorz Jar­mo­ce­wicz i wie­lu in­nych; tak­że nie­ży­ją­cy już Sta­ni­sław Woś, Ire­ne­usz Zjeż­dżał­ka.

Cóż znaczyło dla mnie to zaproszenie do zespołu? Widzę to dopiero po latach.

Ta­de­usz Rol­ke dzie­li fo­to­gra­fię na tę po­trzeb­ną i nie­po­trzeb­ną, w do­my­śle: za pie­nią­dze i za dar­mo – dla sie­bie. W szko­le, dzię­ki zde­rze­niu z ener­gią spo­ty­ka­nych tam mło­dych lu­dzi, wró­ci­łam do ro­bie­nia zdjęć zwa­nych „nie­po­trzeb­ny­mi” czy­li do by­wa­nia ar­ty­stą, bo gdy za­ra­bia­łam na miesz­ka­nie zu­peł­nie po­rzu­ci­łam fo­to­gra­fię dla sie­bie.

Mogę więc po­wie­dzieć, że Ma­rian stał się dla mnie „Bo­giem” – wskrze­sił mnie albo ina­czej: wy­krze­sał ze mnie do­dat­ko­wą ener­gię do ro­bie­nia zdjęć in­nych niż tyl­ko te ocze­ki­wa­ne przez ry­nek. Bo trze­ba było też ze stu­den­ta­mi tro­chę się po­ści­gać…

Ten „Ojciec” wcale nie wyglądał bosko.

Nie po­sia­dał sto­sow­nych atry­bu­tów bo­sko­ści. Nie no­sił eks­tra­wa­ganc­kich stro­jów, fry­zur, cza­pecz­ki w środ­ku lata, jak to nie­któ­rzy „ar­ty­ści” mają w zwy­cza­ju. Ra­czej były to ko­lej­ne sza­re swe­try, róż­nią­ce się, a jak­że, stop­nia­mi sza­ro­ści. Kie­dyś przy­pad­kiem od­kry­łam, do cze­go mu są mu one po­trzeb­ne, oprócz ochro­ny przed zim­nem. Otóż słu­ży­ły jako wy­znacz­ni­ki stop­ni stref do po­mia­rów eks­po­zy­cji we­dług sys­te­mu stre­fo­we­go. Pa­mię­tam też taką ta­bli­cę z roz­cią­gnię­ty­mi kil­ko­ma swe­tra­mi o róż­nych sza­ro­ściach, z do­dat­kiem tka­ni­ny czar­nej i bia­łej. To była jego ta­bli­ca do te­stów dla usta­le­nia cza­su wy­wo­ły­wa­nia dla ne­ga­ty­wów czar­no-bia­łych.

Ten Mistrz często się ze mną nie zgadzał w ocenie zdjęć studentów.

Marian Schmidt

Był znacz­nie su­row­szy niż ja, ale też nie gro­mo­wład­ny. Stu­den­ci czę­sto mie­li mę­tlik w gło­wach na sku­tek tego, że je­den z wy­kła­dow­ców mó­wił jed­no, a dru­gi wręcz coś prze­ciw­ne­go. Pra­co­wi­cie tłu­ma­czy­łam im wte­dy, że to do­brze, że są róż­ne zda­nia, bo wte­dy mu­szą się za­sta­no­wić, o co na­praw­dę im w zdję­ciach cho­dzi i na­uczyć się bro­nić wła­snych tez. Nie cho­dzi w szko­le o stop­nie! Cho­dzi o wy­pra­co­wa­nie wła­snej dro­gi.

Ten Guru był dla mnie wielce łaskawy.

Kie­dy w 2005 roku zro­bi­łam se­rię zdjęć w moim ro­dzin­nym mie­ście (Zduń­skiej Woli) za­po­cząt­ko­wu­ją­cą moją oso­bi­stą przy­go­dę z do­ku­men­tem. Po­chwa­lił je i za­py­tał, ile lat za­ję­ło mi zbie­ra­nie tych zdjęć do cy­klu, a prze­cież to był tyl­ko mie­siąc wa­ka­cji. Wte­dy to py­ta­nie mile mnie po­łech­ta­ło, że niby taka zdol­na je­stem. Dziś zda­ję so­bie spra­wę, że żeby mo­gły po­wstać ta­kie zdję­cia mu­sia­łam na nie za­pra­co­wać przez co kil­ka lat. Mu­sia­łam doj­rzeć i jako czło­wiek i jako fo­to­graf. Mu­sia­łam zna­leźć we­wnętrz­ny spo­kój i prze­ko­na­nie do tego, co ro­bię.

Ten Men­tor wie­lo­krot­nie zwra­cał uwa­gę swo­im stu­den­tom na po­trze­bę sku­pie­nia się nad tym, co się robi i jak się ży­cia uży­wa. Jego gra­nie na fle­cie i słu­cha­nie kla­sycz­nej mu­zy­ki to nic in­ne­go, jak me­dy­ta­cja. O ile pa­mię­tam, to w szko­le były na­wet pró­by na­ucza­nia tech­nik me­dy­ta­cyj­nych.

Ten Człowiek był także ciałem i duchem uśmiechnięty.

Czę­sto za­cze­piał mnie na szkol­nym ko­ry­ta­rzu, żeby opo­wie­dzieć świe­żo przez sie­bie wy­my­ślo­ne dow­ci­py, czę­sto sy­tu­acyj­ne. Nie­ste­ty nie po­sia­dam daru na­wet ich po­wta­rza­nia, więc nie mogę ich tu przy­to­czyć. W spo­rze o to czy fo­to­gra­fia jest obiek­tyw­na czy su­biek­tyw­na sta­wał po stro­nie tej dru­giej. Na­wet w żar­tach twier­dził, że na­zwa obiek­tyw dla ze­spo­łu so­cze­wek two­rzą­cych ob­raz jest błęd­na. Obiek­tyw po­wi­nien się na­zy­wać su­biek­tyw. Prze­cież każ­dy czło­wiek pa­trzy na świat swo­imi oczy­ma i prze­twa­rza go na swój oso­bi­sty spo­sób za po­mo­cą wła­śnie su­biek­ty­wu… Ma­rian Schmidt twier­dził, że na­zwa obiek­tyw dla ze­spo­łu so­cze­wek two­rzą­cych ob­raz jest błęd­na. Obiek­tyw po­wi­nien się na­zy­wać su­biek­tyw.

Prze­cież każ­dy czło­wiek pa­trzy na świat swo­imi oczy­ma i prze­twa­rza go na swój oso­bi­sty ob­raz – cał­ko­wi­cie su­biek­tyw­ny. Do tego wła­śnie słu­ży su­biek­tyw… Ale tak mógł twier­dzić tyl­ko czło­wiek, któ­ry nie oglą­dał się na in­nych. Ro­bił swo­je. Nie­ste­ty więk­szość fo­to­gra­fu­ją­cych obiek­ty­wa­mi naj­pierw oglą­da zdję­cia in­nych, a po­tem za wszel­ką cenę (za­zwy­czaj po­wy­żej kli­ku lub kil­ku­na­stu ty­się­cy zło­tych) ku­pu­je „od­po­wied­nie szkło” i pró­bu­je wy­two­rzyć ta­kie same ob­ra­zy.

Marian Schmidt okazał się śmiertelny, choć według mnie – tylko ciałem.

Marian Schmidt, pogrzeb

Na jego po­grze­bie, nad cmen­ta­rzem ży­dow­skim w War­sza­wie uno­sił się jego duch. Czuć go było wśród dzie­sią­tek uczniów, któ­rzy przy­by­li po­że­gnać mi­strza. Choć nie cho­dzi­łam na jego wy­kła­dy, czu­ję się jego uczniem. My­ślę, że jego pra­ca pro­cen­to­wać bę­dzie po­przez tych lu­dzi przez lata. Wła­śnie w ten spo­sób wszedł tak­że do hi­sto­rii pol­skiej fo­to­gra­fii – jako Wiel­ki Na­uczy­ciel.

Je­stem dum­na z por­tre­tu, któ­ry zro­bi­łam wła­śnie w szko­le w 2012 r., na po­trze­by szkol­nej stro­ny www, a któ­re wy­brał so­bie po­tem jako zdję­cie ofi­cjal­ne do wszel­kich póź­niej­szych pu­bli­ka­cji.

Ostatnie jego zdjęcie zrobiłam w czerwcu 2016 r. przy okazji.

Marian Schmidt, fot. Małgorzata Mikołajczyk

Ma­rian Schmidt opro­sił mnie o sfo­to­gra­fo­wa­nie swo­ich fle­tów i apa­ra­tu wiel­ko­for­ma­to­we­go do au­kcji na eBay’u. Chciał je sprze­dać. Nie wiem, czy w koń­cu je sprze­dał, czy nie. Już po zło­że­niu lamp do ma­ga­zy­nu, zo­ba­czy­łam go w reszt­ko­wym świe­tle za­cho­dzą­ce­go za oknem słoń­ca. Za­py­ta­łam, czy mogę go sfo­to­gra­fo­wać, tak przy oka­zji. Po­wsta­ło zdję­cie, któ­re chy­ba Ma­ria­no­wi nie przy­pa­dło do gu­stu, bo nie pod­mie­nił go z tym już tym funk­cjo­nu­ją­cym jako ofi­cjal­ne. Ale ono, moim zda­niem, le­piej po­ka­zu­je cha­rak­ter Ma­ria­na. Na ofi­cjal­nym zdję­ciu jest to ra­czej Mą­dry Guru. Na tym ostat­nim – po pro­stu Do­bry Czło­wiek.

Będzie nam Ciebie brak Profesorze