Tylko Ciby, tylko Ciby, tylko Ciby, tylko Ciby żal!
Tak sobie zanuciłam pod nosem melodię refrenu piosenki „Dziś prawdziwych cyganów już nie ma” buszując w Zachęcie po wystawie „Barbara Kasten. Postabstrakcja”.
To pierwsza, przekrojowa wystawa twórczości amerykańskiej artystki w Polsce. Nic o niej, ani jej pracach, dotąd nie słyszałam, choć jak doczytałam, jej dzieła znajdują się w kolekcjach wielu muzeów na świecie, m.in. Museum of Modern Art (MoMA) i Whitney Museum of American Art w Nowym Jorku, Tate Modern w Londynie oraz Musée National d’Art Moderne i Centre Pompidou w Paryżu. Abstrakcje przyciągają moją uwagę od pewnego już czasu. Dobrze, że istnieją kuratorzy, którzy nie oglądając się na aktualnie panujące mody w sztuce, pokazują to co im w duszy gra i organizują tego rodzaju pokazy. Spotkałam rok temu polskiego krytyka, który na mój komunikat o zainteresowaniu abstrakcją fotograficzną, autorytatywnie stwierdził, że abstrakcja to były lata siedemdziesiąte i teraz są już passé.
Barbara Kasten jest świadoma tradycji awangardy.
Prowadzi dialog z jej historią, konstruktywizmem oraz modernistyczną postmodernistyczną architekturą. I jak to to ujęła kuratorka wystawy Agnieszka Pindera – „Artystka nie powtarza języka abstrakcji — raczej go przepisuje, testuje i konfrontuje z doświadczeniem patrzenia. Interesuje ją, jak geometryczne formy i świetlne konstrukcje działają dziś: w konkretnych wnętrzach, w relacji do otoczenia i publiczności.” Stąd tytuł wystawy – „Barbara Kasten. Postabstrakcja”.



W Zachęcie zgromadzono setkę prac Barbary Kasten w różnych mediach – fotografii, rzeźbie i instalacji powstałych na przestrzeni sześciu dekad. Artystka studiowała malarstwo, ale potem zainteresowała się rzeźbą, tyle że nie bardzo klasyczną – w Poznaniu, na początku lat 70. jako stypendystka programu Fulbright-Hays pracowała z Magdaleną Abakanowicz. Jej rzeźby były wytworzone z sizalowego sznura, a nie odlane w brązie czy wykute w marmurze. Jedna z tych prac jest właśnie pokazywana na wystawie w Zachęcie.
Po powrocie do USA zainteresowała się fotografią. Zaczęła od technik bezkamerowych – cyjanotypii. Potem przyszedł czas na Polaroidy i Cibachromy. Techniki fotograficzne się zmieniały, ale widać, że zawsze interesowała ją przestrzeń i światło. Fotografia jest dla niej nie sposobem odwzorowania rzeczywistości, ale sposobem eksperymentowania z nią.


ZESTAWIENIE: PRZESTRZEŃ 4; Pollock-Krasner House and Study Center, 1988
Z punktu widzenia miłośnika fotografii najbardziej zainteresowały mnie wielkoformatowe prace wykonane na Cibachromie.
W tej technice są wykonane pace z cyklu „Przestrzenie architektoniczne”. Można rozpoznać niektóre charakterystyczne detale reprezentacyjnych budynków Nowego Jorku. Ale nie jest to typowa fotografia architektury wnętrz. Ba, na pierwszy rzut oka nie widać, że to architektura. Barbara Kasten buduje w tych wnętrzach układy z luster. Za pomocą światła i odbić konstruuje obrazy wydobywające ukryte dotąd relacje pomiędzy obiektami a przestrzenią, w której są umieszczone. Wydaje się, jakby zdjęcie składane było z wielu warstw w Photoshopie, a przecież są wykonane bezpośrednio od jednego strzału migawki w aparacie. Wynajmowała filmowe ekipy oświetleniowe, by przez jedną noc stworzyć jedno zdjęcie. Bez montażu, bez postprodukcji. Absolutny unikat.
Dziś te zdjęcia wydają się być jak wyjęte z innego świata. I są. Bo świat Cibachrome jest niepodrabialny i jedyny w swoim rodzaju. Obrazy zdają się być wręcz trójwymiarowe, a kolory sprawiają wrażenie nierzeczywistych. Jak już raz się zobaczy taki obraz na własne oczy, natychmiast będzie rozpoznawać wśród innych, zwykłych odbitek.


Postanowiłam coś napisać o tym materiale, bo nowe pokolenie fotografów może nic o tym nie wiedzieć.
Rozwój technologii jest zawsze odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku. I tak w latach sześćdziesiątych:
- Szukano możliwości uzyskania kopii pozytywowych z diapozytywu (slajdu) w jednostopniowym procesie. Przed wynalezieniem tej metody, by uzyskać kolorowe powiększenie ze slajdu, należało sporządzić internegatyw (negatyw pośredni). Internegatywy były wykonywane stykowo na specjalnych materiałach o obniżonym kontraście. Było to kosztowne i wymagało czasu. Istotą tej metody uzyskiwania koloru było tworzenie się barwników w poszczególnych warstwach poprzez dołączanie odpowiednich komponentów z wywoływacza barwnego w miejscach, gdzie związki srebra zareagowały na światło. Po utworzeniu barwnika srebro było usuwane w procesie odbielania.
- Szukano możliwości poprawienia podstawowej wady dostępnych materiałów, jaką była ich mała trwałość kolorowego obrazu w porównaniu do fotografii czarno-białej. Zdjęcia wystawione na światło słoneczne już po roku bywały żółto-brązowe. Potrzebny był materiał pozytywowy o lepszych parametrach stabilności kolorów.
- Szukano materiału do wykonywania powiększeń na podłożu przeźroczystym – przemysł reklamowy chciał wieszać zdjęcia w podświetlanych witrynach.
Odpowiedzią na to zapotrzebowanie był proces Cibachrome, który został opracowany na początku lat 60.
XX wieku przez szwajcarską firmę Ciba Geigy Corporation. Po raz pierwszy zaprezentowano go publicznie na Szwajcarskiej Wystawie Narodowej w Lozannie w 1964 roku. Firmę Ciba przejął Ilford w 1969 roku, a po dwudziestu kolejnych latach jej właścicielem został International Paper. W 1992 roku produkt przemianowano na „Ilfochrome” wraz z pojawieniem się wersji na podłożu papierowym. Materiał umożliwił wykonanie kolorowej odbitki bezpośrednio ze slajdu, bez użycia negatywu. Stał się najpopularniejszym procesem kopiowania kolorowego wśród fotografów i instytucji specjalizujących się w fotografii w latach 70.- 90. XX wieku. Przyciągnął takich artystów jak Nan Goldin, Andres Serrano, Jeff Wall, Nobuyoshi Araki i Cindy Sherman.
Upadłość Ilforda w 2013 roku oznaczała stopniowy koniec tego procesu. Tylko nieliczne laboratoria, którym udało się pozyskać ostatnie zapasy papieru, mogły kontynuować oferowanie tego rodzaju kopiowania jeszcze przez kilka lat. Dziś to technologia wymarła, choć znalazłam w internecie człowieka, który zdecydował się wykupić końcówkę produkcji Ilforda wraz z oryginalną chemią do wywoływania. A ponieważ chemii było mniej niż papieru, to ostro eksperymentował z różnymi chemikaliami, by wykorzystać do końca materiał pozytywowy. Tę historię można znaleźć na jego blogu: https://christopherburkett.com/about/cibachrome/
Podstawowa różnica pomiędzy klasyczną fotografią kolorową a „Cibą” leży w rodzaju barwników.
Są to barwniki azowe, takie jakie są stosowane w farbach i lakierach, często produkowane na bazie fenolu. I są one zanurzone bezpośrednio w kolejnych warstwach emulsji. Czyli barwniki te już na starcie są, gdy kupujemy materiał. W klasycznym procesie barwnym – barwniki powstają dopiero w procesie wywoływania ze sprzęgaczy chemicznych tkwiących emulsji, do których przyklejają się odpowiednie związki pobierane z wywoływacza barwnego. Sprzęgacz barwnika zawarty w każdej warstwie emulsji, tworzy barwnik o kolorze przeciwnym do czułości danej warstwy. Na przykład, emulsja wrażliwa na czerwień wytwarza barwnik cyjanowy. Niezależnie od tego, czy jest to kolorowy film, czy kolorowy papier, obraz powstaje za pomocą „wywoływacza”. Bardziej obrazowo można to przedstawić jako dobieranie koloru z wywoływacza. Barwniki wytwarzane przez te wywoływacze mają słabą stabilność na światło i są wrażliwe na ciepło, wilgoć i opary chemiczne, nawet w ciemnym miejscu, np. w przypadku kolorowych odbitek w albumie.

W „Cibie” barwniki azowe są umieszczone już w procesie produkcji materiału.
Po naświetleniu, wywołaniu oraz utrwaleniu następuje w nich zniszczenie barwników w miejscach naświetlonych. W miejscach nienaświetlonych pozostaje nierozłożony barwnik azowy. Ponieważ barwniki azowe są znacznie bardziej stabilne niż barwniki chromogeniczne, odbitki wykonane w procesie Cibachrome mają jakość archiwalną, a galerie i kolekcjonerzy sztuki twierdzą, że nie blakną w normalnym świetle.
W metodzie Cibachrome światłoczułość ogólna materiałów jest niewysoka, w skutek czego zastosowanie ich ograniczało się praktycznie do otrzymywania kopii pozytywowych ze kolorowych slajdów – potrzebne było długie naświetlanie. Materiał nie nadaje się do „fotografii z ręki”. Jednak niektórzy fotografowie próbowali umieszczać „Cibę” bezpośrednio w kamerze wielkoformatowej. Nie wiem jak było w przypadku Barbary Kasten. Być może pracowała na normalnym standardowym diapozytywie typu Ektachrome lub Kodachrome zakładanym do kamery wielkoformatowej, pewnie 4×5”, obraz z którego został następnie powiększony na Cibachromie do wymiarów około od 1,5 do 2 metrów. Musiała być to kamera wielkoformatowa, bo ostrość motywów w obrazie jest na całej płaszczyźnie. Widać, że w użyciu była zasada Scheimpfluga, ale to osobny temat.
Jak?
Moje podejrzenia, że i do kamery wkładała Cibę biorą się stąd, że bardzo jest podkreślany fakt, że są to prace jednostkowe: jedno miejsce – jedna odbitka. Wyjątkiem była pracownia Jacksona Pollocka – Pollock-Krasner House and Study Center, gdzie wykonała 4 zdjęcia, po jednym w kierunku każdej ściany.
Dlaczego Cibachrome nie wyparła klasycznej ówczesnej techniki robienia kopii ze slajdów, czyli procesu dwustopniowego (pozytyw/negatyw, negatyw/pozytyw)? No cóż, materiał był bardzo drogi. Ze względów ekonomicznych nie nadawał się do masowych zastosowań np. w fotografii amatorskiej. Ze względu na swoje walory (ostrość obrazu i nasycenie koloru) był stosowany głównie w reklamie, gdzie budżety na produkcję fotograficzne były i są zwykle dużo wyższe. Dziś slajdy się po prostu skanuje.
A co z kolei ją wyparło? Odpowiedź brzmi: druk cyfrowy, którego historia rozpoczęła się w latach 80. XX wieku. W 1988 roku wraz z premierą drukarek HP DeskJet, można było już bezpośrednio drukować z pliku komputerowego. Obraz pozytywowy w formie wydruku jest tańszy i szybszy w uzyskaniu, choć jakościowo gorszy. Lecz jeśli ktoś nie widział wcześniej odbitki Cibachrome, nie może tego stwierdzić. Stare prawo Kopernika, że pieniądz gorszy wypiera pieniądz lepszy ma zastosowanie i w dziedzinie fotografii.
Kompendium wiedzy o Cibachrome można znaleźć po angielsku pod linkiem https://www.photomemorabilia.co.uk/Ilford/Cibachrome.html
Wystawa w Zachęcie „Barbara Kasten. Postabstrakcja” będzie wisiała do 7 czerwca. Idźcie obejrzeć, nie tylko z powodu Cibachrome.
Wystawa „Barbara Kasten. Postabstrakcja”
kuratorka: Agnieszka Pindera
miejsce: Zachęta – Narodowa Galeria Sztuki
