Close

10 stycznia 2018

Fotograf poeta. Katastrofa humanistów.

Fotograf poeta. Katastrofa humanistów.

Fotograf poeta. Katastrofa humanistów. To zbiór felietonów opublikowanych pierwotnie na łamach pierwszego w Polsce, internetowego magazynu fotografii – 5klatek.pl.

Fotograf poeta. Katastrofa humanistów.

Pierw­szy jest z 2006 r. Ostat­ni, zara­zem tytu­ło­wy, został napi­sa­ny spe­cjal­nie na potrze­by wyda­nia książ­ko­we­go w 2016 r. Jeśli ktoś zaj­rzy na ostat­nią stro­nę (ze stop­ką wydaw­ni­czą), prze­ko­na się, że nie­zna­ny bli­żej autor to tyl­ko pseu­do­nim oso­by o kon­kret­nych doko­na­niach w naszym małym foto­gra­ficz­nym graj­doł­ku. Rozu­miem ją, że skry­wa­ła się pod nazwi­skiem męż­czy­zny, bo porząd­nie wykształ­co­nej i mądrej kobie­cie u nas nie jest lek­ko. Zawsze znaj­dzie się mądrzej­szy męż­czy­zna... Nazwi­ska autor­ki jed­nak nie podam, żeby zacie­ka­wić i zachę­cić do zaj­rze­nia do książ­ki.

Naj­bar­dziej bli­ski memu doświad­cze­niu jest felie­ton zaty­tu­ło­wa­ny Jak nie zostać impo­ten­tem. Sama zbie­ra­łam się napi­sa­nia na ten temat, ale mi się zeszło aż zna­la­złam ten tekst. Nic się nie zesta­rzał., mimo że dato­wa­ny jest na 2006 r.

Rzecz o zmianie w naszym fotograficznym działaniu, którą zwerbalizował język.

Daw­niej mówi­li­śmy o cyklach, dziś o pro­jek­tach. I wnio­sek, do któ­re­go i ja doszłam, że cykle się two­rzy, a pro­jek­ty się robi. Cykle, w zało­że­niu mia­ły być (i są przy­naj­mniej dla mnie) jakąś regu­lar­ną dzia­łal­no­ścią,  zamknię­tą for­mą np. rodza­jem kadru, spo­so­bem potrak­to­wa­nia rze­czy­wi­sto­ści, ale otwar­tą w cza­sie – moż­na zawsze do nie­go wró­cić i coś dodać, jeśli się uro­dzi.  Pro­jekt musi skoń­czyć jakąś pro­duk­cją w okre­ślo­nym cza­sie. Jest to raczej reali­za­cja pomy­słu arty­stycz­ne­go, pomy­słu wymy­ślo­ne­go dla uzy­ska­nia gran­tu czy­li spon­so­ra. Pomy­sło­daw­ca nie koniecz­nie wie czym się to skoń­czy, ale wie, ile w jakim cza­sie ma wypro­du­ko­wać zdję­cia i się roz­li­czyć z gran­tu. I ma świa­do­mość, że musi się spodo­bać, żeby przy­pad­kiem nie trze­ba było­by zwra­cać przy­zna­nej dota­cji. W ten spo­sób zdję­cia wyko­ny­wa­ne w ramach pro­jek­tów przy­po­mi­na­ją raczej pro­duk­cję maso­wą.  A wyso­kość gran­tu jest nie tyle pro­por­cjo­nal­na do ambi­cji zało­żeń, co do nazwi­ska pod­pi­sa­ne­go pod wnio­skiem. Urzęd­nik  musi się prze­cież czymś kie­ro­wać  przy roz­dzia­le pie­nię­dzy w tema­cie tak nie­wy­mier­nym, jak sztu­ka.

Autor(ka) felie­to­nu poda­je tu świet­ny przy­kład pla­ka­to­wych zdjęć zała­do­wa­nych ponad sufit, wyglą­da­ją­cych niczym kate­dry, samo­cho­dów imi­gran­tów Tho­ma­sa Maila­en­de­ra. Ich pla­ka­to­wość bie­rze się z potrak­to­wa­nia tema­tu w spo­sób rekla­mo­wy: wyczysz­czo­ne tło, sza­re nie­bo, raz z przo­du raz z boku, brak ludzi.

Jak to autor(ka) nazwał(a): Czy­sta biu­ro­kra­cja, pro­jekt pod tytu­łem „zała­do­wa­ny samo­chód“ – kolej­ny żmud­ny wkład w doku­men­ta­cję, zle­co­ną przez glo­bal­ny wydział komu­ni­ka­cji. Zdję­cia te z pew­no­ścią zado­wo­li­ły urzęd­ni­ka roz­li­cza­ją­ce­go gran­ty. Ale dla wybred­niej­sze­go odbior­cy są w swej masie po pro­stu nud­ne.

Z racji ograniczeń, jakie niesie ze sobą dopasowywanie się do oczekiwań grantodawcy, pisanie projektów grozi impotencją twórczą. Można popaść nawet w chałturę, jeśli nie postawi się jakiś granic.

Pro­jekt, mimo że zakła­da podej­ście iście pro­duk­cyj­ne, łącz­nie z pro­ce­sem auto­ma­ty­za­cji (czy­taj: z zaprze­sta­niem myśle­nia, wąt­pie­nia, nie­uda­nych prób), może jed­nak być czymś pozy­tyw­nym. Jeśli potrak­to­wać go tak, jak jed­na z moich stu­den­tek. Aku­rat dziś zna­la­złam to na jej wal­lu:

Fotograf poeta. Katastrofa humanistów

To raczej plan mobi­li­za­cyj­ny, żeby zabrać się do robo­ty i w ogó­le coś zro­bić. I dobrze. Na eta­pie nauki takie dys­cy­pli­no­wa­nie jest potrzeb­ne.

Cykle potrze­bu­ją namy­słu, wczu­cia się w temat i oto­cze­nia, a czę­sto po pro­stu nudy. Bo naj­lep­sze pomy­sły ma się wte­dy, kie­dy czło­wiek się nudzi. Obo­jęt­nie, czy doro­sły , czy dziec­ko.

Osobiście nie piszę projektów. Nawet nie próbowałam. Bo właśnie przeszkadzało mi ta konieczność dopasowywania się i do terminu, i do tematu sponsora.

Cykle owszem popeł­niam, choć­by doku­men­tal­ny cykl o podwór­kach. Trwa­ją lata­mi. To raczej szu­ka­nie kolej­nych kora­li­ków, by nani­zać je na sznu­rek. Kie­dy powsta­nie naszyj­nik. Nie wiem. Być może dopie­ro po mojej śmier­ci. Ale mi to nie prze­szka­dza. A tym­cza­sem żyję sobie z  foto­gra­fii ilu­stra­cyj­nej. Taka foto­gra­fia też jest potrzeb­na i daje jako takie utrzy­ma­nie.

Po prze­czy­ta­niu – Foto­graf poeta. Kata­stro­fa huma­ni­stów – tej nie­wiel­kiej ksią­żecz­ki, utwier­dzi­łam się w prze­ko­na­niu, że trze­ba robić swo­je, jak to napi­sał Woj­ciech Mły­nar­ski. „Może to coś da, kto wie”.

Lektury obowiązkowe. Marcin Buras. Fotograf poeta. Katastrofa humanistów. Wydawca: PIX HOUSE
%d bloggers like this: