Close

Miejscówka czyli bilet do raju – „Women Street Photographers”

Women street photographers

Żeby wsiąść do pociągu byle jakiego miejscówki nie potrzeba. Żeby zasiąść w pociągu do fotograficznego raju (w moim przypadku na międzynarodową wystawę) jest ona niezbędna. Niestety nie można jej kupić – jest darmowa. Trzeba ją jednak odnaleźć samodzielnie, tak jak odnalazłam bilet do „Women Street Photographers”.

Moja miejscówka ma około 50 m długości i znajduje się 1200 m od mojego warszawskiego mieszkania. To róg Al. Władysława Reymonta i gen. Stanisława Maczka. Miejsce, które od kilku lat mijam raz w tygodniu w drodze do pracy w ośrodku na Woli. Z autobusu wygląda nieciekawie. Kawał ekranu dźwiękochłonnego, pobazgranego niemiłosiernie przez graficiarzy. Z tyłu osiedle z lat 90. I przystanek tramwajowy. Perspektywa zmienia się, gdy wyprawić się tam pieszo.

Codzienny pośpiech nie sprzyja uważności.

Tryb fotograficznego czuwania włącza mi się automatycznie, gdy wyprawiam się z aparatem na spacer. Na co dzień zwykle nie noszę sprzętu.
Przechodzę całą ulicę Reymonta i nic. Żadnego zdjęcia. Dochodzę do jej końca i otwiera się worek z możliwościami. Zaświeci jakoś dziwnie zachodzące słońce i mam niezłe zdjęcie architektury.

Pojawią się fajnie rozwiane chmury i też jakoś chce się je fotografować właśnie tu.

Najczęściej fotografuję tam abstrakcje – to główny cel moich tam spacerów. Biorę obiektyw do makro, włażę za ekran i studiuję struktury na podrapanej i zachlapanej sprayem pleksi. Mam z tego miejsca kilka naprawdę udanych abstrakcyjnych obrazów.

Wejście za płot zaowocowało zdjęciem, z którego ostatnio jestem najbardziej dumna. Ma ono swoją historię. Wcale nie jest to przypadkowy strzał. Nie jest też pozowane. Kiedy ogłoszono lockdown ciężko było mi wysiedzieć w domu. Pod pretekstem wyjścia do sklepu (w pobliżu jest Lidl), z reklamówką w garści szłam do swego płotu na abstrakcję. Za którymś razem odsunęłam się na kilkanaście metrów dalej i zobaczyłam „streeta”.

Próbowałam coś zrobić, ale to co wychodziło ze 105 zupełnie nie zgadzało się z moim wyobrażeniem. Jestem przekonana, że dobre zdjęcie najpierw się widzi gdzieś w wyobraźni, a potem naciska spust. Jest albo go nie ma. Na pewno go nie będzie, gdy zdam się na przypadek, że wybiorę coś z 1000 klatek wystrzelanych bez ładu i składu.

Zatem wróciłam tam za kilka dni z innym obiektywem, bo chodzę na spacery tylko z jednym body z podpiętym jednym obiektywem. I odleciałam. Znalazłam nawet trzy fajne ujęcia. Tyle, że gdy obejrzałam je na zimno, miesiąc później, dojrzałam sporo technicznych niedoskonałości.

Przede wszystkim – za mała głębia ostrości.

Minął następny miesiąc, poszłam poprawiać. Tym razem zabrałam statyw. Ale jak to, do streeta statyw? A jednak. Po statyw sięgam zawsze, kiedy zależy mi na idealnym kadrze. Tu, żeby złapać pion, poziom i rytm wewnątrz kadru, był on mi naprawdę potrzebny. Poprzednio, za każdym podniesieniem aparatu do oka łapałam ciut inny kadr. A trzeba to robić było wielokrotnie, bo istotą zdjęcia było złapanie przechodzącego człowieka w odpowiednim miejscu. Tym razem wszystko zagrało jak należy.

„Women Street Photographers”

Pierwsza próba streeta w tym miejscu miała miejsce w kwietniu. Zdjęcie zgodne z moimi wyobrażeniami zrobiłam w maju. W czerwcu wysłałam je na wezwanie do uczestnictwa w wystawie „Women Street Photographers” na fotofestiwalu w Kuala Lumpur w Malezji. I się dostało! Byłam w raju, bo we wrześniu otrzymałam za nie bardzo pozytywne recenzje. Mam z niego dużo radości. Ciekawe co jeszcze przy tym płocie się zdarzy.

A jak jest to jest u innych fotografów?

Miejscówka jako przepustka do fotograficznego raju jest raczej regułą do uzyskania zadowalających nas zdjęć. Dla jej uzyskania nie trzeba pokonywać setek kilometrów, wyprawiać się na inne kontynenty, do innych kultur. Owszem, łatwiej się wtedy fotografuje, bo efekt nowości wyzwala w nas tę uważność niezbędną do stworzenia niebanalnego obrazu. Wystarczy nauczyć się wchodzić w tryb fotograficznej medytacji tu, gdzie się mieszka.

Największym mistrzem tego rodzaju zdjęć jest dla mnie Josef Sudek. Ten nieżyjący już Czech fotografował uparcie okno w swoim atelier. I są to dla mnie boskie zdjęcia. O Josefie Sudku ukazał się kiedyś interesujący artykuł na internetowych łamach Fotopolis.pl, polecam.

Z żyjących fotografów, jednego poznałam osobiście na fotofestiwalu w Trieście w ubiegłym roku, to Giedo Van Der Zwan. Holender, który na miejscówkę wybrał sobie 2,5 km plaży miejskiej w Scheveningen – dzielnicy Hagi, w której mieszka. Chodzi po niej i błyska fleszem. Rezultaty są zdumiewające – projekt: Pier To Pier. Wydał też książkę z tymi zdjęciami.

Jakby to dziwnie nie brzmiało – zachęcam do wyszukiwania własnych miejscówek. Warto. Początkowo jest trudno, ale z czasem przyjdą rezultaty. To jak ze zbieraniem grzybów. Ze swoich miejsc w lesie zawsze coś się przyniesie w koszyku.