Close

ŻÓŁĆ

word press photo 2020 galeria

Wyłączona z normalnej działalności, zamknięta w domu przez koronawirusa, mam dużo czasu na serfowanie i rozmyślania.

Oto refleksja przy okazji ogłoszenia wyników Konkursu World Press Photo. Jakoś nie mogę pogodzić się rzeczywistością. Czy to oznacza, że kwestionuję wybór jury? Nie, nie kwestionuję. Boli mnie co innego. Nasza polska ŻÓŁĆ.

Konkurs World Press Photo wyłaniający najlepsze fotografie prasowe z ostatniego roku jest organizowany od 1955 roku. Wyniki tegorocznej 63. edycji konkursu podano 16 kwietnia na stronie internetowej organizatora. Niezależne międzynarodowe jury musiało się zmierzyć z oceną 73 996 zdjęć 4 282 fotografów z 125 krajów.

My, Polacy, mamy też swoją radość: pierwszą nagrodę w kategorii portret (zdjęcie pojedyncze) otrzymał Tomasz Kaczor – zdjęcie przedstawiające 15-letnią Ormiankę cierpiącą na „syndrom rezygnacji”, która wraz z rodzicami przebywała w ośrodku dla uchodźców w Podkowie Leśnej.

„Przebudzenie”, fot. Tomasz Kaczor, materiały prasowe „World Press Photo”

Zdjęcie wykonane dla „Dużego Formatu”, magazynu reporterów „Gazety Wyborczej” i publikowane na okładce „Dużego Formatu” 17 czerwca 2019 roku. Zdjęcie to, razem z pięcioma innymi pojedynczymi, było też nominowane przez jury konkursu do Zdjęcia Roku 2019.

Przejrzałam zdjęcia z ciekawością, bo od jakiś 15 lat nie śledzę szczegółowo wyników konkursu. Chyba znieczuliłam się na widoki krwi, przemocy, brutalności, śmierci w wydaniu dosłownym. Nie chciałam już tego oglądać. No cóż, założeniem tego konkursu jest właśnie zwracanie uwagi na tematy, które ze świadomości chcemy wyprzeć. Czasami zaglądałam, ale tylko do sekcji Portret i Przyroda. Gdyby nie konieczność siedzenia w domu pewnie bym do całości zdjęć z Konkursu World Press Photo i w tym roku nie zajrzała.

Zajrzałam i się zdziwiłam.

Dokonała się przez te lata pewna ewolucja. Fotografia prasowa, przynajmniej w tym światowym wyborze, stała się mniej krwista, mniej dosłowna, beznamiętnie reprodukująca obrazy przemocy. Choć opowiada o tak samym brutalnym świecie (tu nic się nie zmienia) robi to bardziej poetycko. Nawet ja, ze swoją nadwrażliwością, dałam radę to oglądać. Niestety zniknęła kategoria „Życie Codzienne”, a może „stety” pojawiła się kategoria „Projekty Długoterminowe”.
Nadal brakuje mi zdjęć o harmonii, o szczęściu. Tak, tak, wiem –  złe wiadomości sprzedają się lepiej…

Akurat z werdyktem jury w kategorii Zdjęcie Roku 2019 nie bardzo się zgadzam.

Choć go uznaję i szanuję. Wśród zdjęć prezentowanych na stronie fundacji  Konkursu World Press Photo jest inne, które dla mnie jest zdjęciem roku. To zdjęcie autorstwa meksykańskiego fotografa Alejadro Prieto, nagrodzone drugą nagrodą w kategorii Przyroda. Zdjęcie symbol. Suchy i obojętnie objaśniający tytuł: „Kukawka kalifornijska zbliża się do muru”. W opisie jest pełne wyjaśnienie, że chodzi konkretnie o mur na granicy pomiędzy Meksykiem a USA, który dzieli nie tylko ludzi, ale i przyrodę.

„Roadrunner Approaching the Border Wall”, fot. Alejandro Prieto, materiały prasowe „World Press Photo”

Rozbudowywany dalej będzie przebiegał przez jeden z najbardziej bogatych biologicznie i różnorodnych regionów Ameryki Północnej, zaburzając korytarze zwierząt, ich siedliska oraz dostęp do wody i żywności. Może negatywnie wpłynąć na 23 gatunki zagrożone. Większość z nas nie wie, że sfotografowany ptak (kukawka) jest nielotem. Dla niego ten mur jest nie do przebycia, jak dla człowieka. Niby zdjęcie przyrody, a jakże polityczne. Strasznie podoba mi się ta podskórna informacja. To jak nasze pisanie między wierszami w czasach socjalizmu. Kupa zabawy, jeśli czytelnik (widz) jest wystarczająco inteligentny.

Nie wygrało, bo dla jury nadal ważny jest przede wszystkim temat.

Jeśli bym miałam wybierać pod naciskiem preferencji wyboru tematu, to wolałabym wybrać zdjęcie Tomasza Kaczora. Bo jest obrazem nadziei: że dziewczynka wraca do zdrowia, że ważne jest wsparcie rodziny (ręce). Bo dla mnie jest wprost odniesieniem do historii fotografii – portretu wykonanego przez Dorothea Lange dla Farm Security Administration w czasie Wielkiego Kryzysu w latach trzydziestych.

Dorothea Lange – „Migrant mother”, Library of Congress

Ma taką samą siłę przekazu. I jeszcze jeden powód dlaczego się cieszę, że zdjęcie to znalazło się wśród nominowanych do nagrody głównej. Opowiada prawdziwą historię, która się dzieje blisko nas, tu w Polsce. Fotograf nie był wysyłany na koniec świata. Nie była to kosztowna podróż – inwestycja wielkiej agencji fotograficznej, żeby później tymi zdjęciami obsyłać redakcje, czego skutkiem jest to, że oglądamy to samo zdjęcie np. w Gazecie Wyborczej i New York Times. To efekt mrówczej pracy jednego z nas – codziennych wyrobników fotografii, fotografujących  co przyniesie los. Akurat żonie potrzebny był materiał ilustracyjny do tekstu…

Wyniki Konkursu World Press Photo pojawiły się jak zwykle we wszystkich portalach informacyjnych z mniejszym lub większym komentarzem redakcyjnym. Z nadmiaru wolnego czasu, na moje nieszczęście zerknęłam do komentarzy czytelników (normalnie tam nie zaglądam). I dostałam białej gorączki.

hejt internet polska żółć
hejt internet polska żółć

Hejt w najczystszej postaci. ŻÓŁĆ, zawiść, gorycz niespełnienia, a nawet zwykła głupota. 

A przecież konkurs jest tylko po to by przejrzeć dokonania ostatniego roku, zamknąć go wystawą i publikacją książkową. To taki bilans roczny wydarzeń sporządzony oczyma fotografów i nic więcej. Nikt nie jeździ po świecie z założeniem, że zrobi zdjęcia na World Press Photo dla swojej chwały. Dziennikarze fotografujący (inaczej zwani fotoreporterami) po prostu opisują aparatami świat starając się otworzyć nam oczy na pewne problemy. A wysłanie zdjęć na konkurs jest takim ciasteczkiem na po wszystkim, jeśli zdjęcia szczególnie się udały.
Z komentarzy pod ogłoszonymi wynikami wyciągnąć można wnioski o nas samych, polskim społeczeństwie, Polakach. I niestety także o naszym środowisku fotograficznym. Wnioski są przygnębiające. Muszę tu ostro powiedzieć: jeśli nie masz szacunku wobec pracy innych fotografów, to nie wymagaj, żeby szanowano Twoją pracę. Jeśli cię to nie interesuje, to nie oglądaj i nie komentuj, bo wychodzisz na durnia.

Zygmunt Miłoszewski w jednej ze swoich książek – „Ziarno prawdy”, słowami jednego z bohaterów trzecioplanowych, przemycił opinię o istocie polskości. Jego zdaniem, czysto polskim słowem jest słowo ŻÓŁĆ. Składa się z liter występujących tylko w polskim alfabecie. I trafia w sedno polskiego charakteru. Co chwilę nam się ta żółć zbiera, a później z nas ulewa, w każdym temacie.

Ja ostatnio robię abstrakcje

Nie wymagam, żeby moje zdjęcia pokochał świat. Wystarczy mi akceptacja kilkorga ludzi z mojego otoczenia. Robię swoje. Fotografowie prasowi też po prostu robią swoje i doceniam ich kunszt niektórych z nich i rzetelność w tym rzemiośle innych. Są w tym dobrzy. Przynajmniej ci, których wybór zaprezentowało jury Konkursu World Press Photo. I zajrzę w przyszłym roku na ich stronę z wynikami kolejnej edycji. Może znajdę coś ciekawego. Nie zajrzę na do  komentarzy na polskich stronach. Bo wiem, co znajdę. ŻÓŁĆ.